Roraty 2020

Piosenka na Roraty 2020

 

Poniedziałek, 21 grudnia 2020 r.

Święta Faustyna Kowalska

Mówiła, że „gdyby aniołowie zazdrościć mogli, to zazdrościliby ludziom Komunii Świętej”.

 

Kiedyś św. siostra Faustyna podczas Mszy, chociaż bardzo tego pragnęła, nie była pewna,czy może przystąpić do Komunii, czy nie. I nie przystąpiła. Posłuchajcie, co jej powiedział Pan Jezus.

W pewnej chwili bardzo pragnęłam przystąpić do Komunii Świętej, ale miałam pewną wątpliwość, i nie przystąpiłam. Cierpiałam z tego powodu strasznie. Zdawało mi się, że mi serce pęknie z bólu. Kiedy zajęłam się pracą, pełna gorzkości w sercu – nagle stanął Jezus przy mnie i rzekł mi: „Córko Moja, nie opuszczaj Komunii Świętej, chyba wtenczas, kiedy wiesz dobrze, że upadłaś ciężko, poza tym niech cię nie powstrzymują żadne wątpliwości w łączeniu się ze Mną, w Mojej tajemnicy miłości. Drobne twoje usterki znikną w Mojej miłości, jak źdźbło słomy rzucone na wielki żar. Wiedz o tym, że zasmucasz Mnie bardzo, kiedy Mnie opuszczasz w Komunii Świętej.

 

Pan Jezus powiedział siostrze Faustynie bardzo wyraźnie, że tylko grzech ciężki nie pozwala przyjąć Komunii Świętej. On bardzo cierpi, gdy ktoś bez powodu rezygnuje z Jego zaproszenia.

Kim była święta Faustyna, która rozmawiała z Panem Jezusem?

Była siostrą zakonną. Pan Jezus wybrał ją, by powiedzieć światu, wszystkim ludziom, o swojej wielkiej miłości. Prosił, by namalowała obraz z Jego miłosiernym wizerunkiem i zapisywała wszystkie ich spotkania i rozmowy.

Na pewno taki obraz nieraz widzieliście – Pan Jezus wskazuje na swoje przebite serce, z którego wypływają krew i woda.

Faustyna nie miała żadnego wykształcenia, nawet szkoły podstawowej nie skończyła. Wydawało się, że dostała zadanie nie do wykonania. Tymczasem powstały i obraz – wprawdzie namalował go ktoś inny, ale pod dyktando siostry Faustyny – i „Dzienniczek”, w którym przez cztery lata spisywała wszystkie rozmowy z Panem Jezusem. Co ciekawe, został on przetłumaczony chyba na wszystkie języki świata.

O św. Faustynie mówi się, że jest sekretarką albo apostołką Bożego Miłosierdzia.

Pewnie nieraz jeszcze o niej usłyszycie, a dzisiaj, ponieważ już pojutrze jest Wigilia Bożego Narodzenia, chcę opowiedzieć, kto przychodził do świętej Faustyny w tym pięknym czasie. Słuchajcie uważnie.

Wieczorem przed łamaniem opłatkiem weszłam do kaplicy, aby się w duchu podzielić z osobami drogimi i prosiłam Matkę Bożą o łaski dla nich. Duch mój był cały pogrążony w Bogu. W czasie Pasterki ujrzałam małe Dzieciątko Jezus w Hostii (…). Choć mała Dziecina, jednak majestat Jej przenikał moją duszę. Głęboko przeniknęła mnie ta tajemnica, to wielkie uniżenie się Boga, to niepojęte wyniszczenie Jego. Całe święta żywe mi to było w duszy. My nigdy nie pojmiemy tego wielkiego uniżenia się Boga.

W innym miejscu Faustyna opowiada:

– W czasie Mszy Świętej znowuż ujrzałam małe Dzieciątko Jezus, niezmiernie piękne, które z radością wyciągało rączęta do mnie. Po Komunii Świętej usłyszałam te słowa: „Ja zawsze jestem w sercu twoim, nie tylko w chwili, kiedy Mnie przyjmujesz w Komunii Świętej, ale zawsze”.

 

Po Komunii Świętej, czyli wtedy, gdy Jezus przychodzi do nas, gdy przyjmujemy Jego ciało pod postacią świętej Hostii, usłyszała święta Faustyna zapewnienie, że ON ZAWSZE JEST. Może dlatego, że siostra Faustyna bała się dnia, w którym nie przyjęłaby Pana Jezusa do serca. Wczoraj opowiadałem Wam o dzieciach, które tęskniły za Komunią Świętą. W „Dzienniczku” św. Faustyny też są takie opisy, kiedy podczas choroby aniołowie przynosili siostrze Jezusa pod postacią chleba.

Święta Faustyna wiedziała, że może przyjąć Komunię duchową, ale Pan Bóg wysyłał do niej anioła ze świętą Hostią (Dz. 1676). Święta Faustyna mówiła potem, że aniołowie, gdyby mogli zazdrościć, to zazdrościliby ludziom Komunii Świętej (Dz. 1804).

Pomódlmy się dzisiaj na koniec modlitwą św. Faustyny (Dz. 76):

„Jezu mój, kieruj umysłem moim,

weź mnie w zupełne posiadanie,

zamknij mnie w głębi Serca swego

i chroń od napaści wroga.

W Tobie jedyna moja nadzieja”.

A wieczorem poproś świętą Faustynę, żeby dla całej Twojej rodziny, dla mamy, dla taty, dla siostry, brata, wypraszała niebo. Żeby nikt z Waszej rodziny nie opuszczał niedzielnej Mszy Świętej.

 

Niedziela, 20 grudnia 2020 r.

Obrzędy Komunii Świętej

Jezus daje moc, bym umiał być dobrym człowiekiem.

 

I tak doszliśmy do tej chwili podczas Mszy, kiedy przyjmujemy Pana Jezusa w Komunii Świętej.

Obrzędy Komunii Świętej zaczynają się modlitwą „Ojcze nasz”.

Po modlitwie „Ojcze nasz” ksiądz życzy wszystkim, żeby byli spokojni i szczęśliwi, i zachęca, by przekazać sobie nawzajem znak pokoju.

Gdy przekazujesz znak pokoju, warto uśmiechnąć się, nawet jeśli kogoś nie znasz, bo przecież przez chrzest jesteśmy braćmi i siostrami, i mamy jednego Ojca w niebie.

Potem ksiądz bierze świętą Hostię – Ciało Pana Jezusa – i przełamuje na pół. Dlaczego?

Ten znak przypomina, że zawsze trzeba dzielić się z innymi tym, co mamy. Pan Jezus też rozdawał chleb ludziom, kiedy przychodzili Go słuchać.

Podobnie połamał chleb i rozdawał uczniom podczas ostatniej wieczerzy, w dzień przed swoją śmiercią na krzyżu.

Po śpiewie: „Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata…” ksiądz podnosi Hostię i zaprasza, byśmy przyjęli Komunię Świętą.

Mówi: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Błogosławieni, którzy zostali wezwani na ucztę Baranka”.

Zaczyna się Komunia. To bardzo ważna chwila. Ksiądz podaje Hostię i mówi: „Ciało Chrystusa”. Odpowiadasz: „Amen”. Tak jakbyś mówił: „Tak, Panie, to prawda, że to Twoje Ciało. Bądź zawsze ze mną”.

Pan Jezus chce przyjść do każdego, ale nie wszyscy przystępują do Komunii.

Dlaczego nie przystępują? Najczęściej dlatego, że nie byli u spowiedzi św. i nadal mają grzech ciężki, albo dlatego, że nie zostali jeszcze przyjęci do I Komunii Św.

Chcę Wam opowiedzieć trzy historie, w których w cudowny sposób Pan Bóg przychodzi do człowieka.

Najpierw Imelda Lambertini, dziewczynka, która bardzo pragnęła przyjąć Pana Jezusa, ale nie mogła, ponieważ nie miała odpowiedniego wieku.

Mama często zabierała ją do kościoła, czasem do sióstr dominikanek. Imelda wyobrażała sobie, jak byłoby pięknie, gdyby jak siostry mieszkała blisko Jezusa. Kiedy miała 9 lat, rodzice zgodzili się, by zamieszkała u dominikanek.

Siostry widziały, z jaką tęsknotą dziecko patrzy na przyjmujących Komunię, ale nic nie mogły zrobić. I zdarzyło się coś niesamowitego. Po jednej z Mszy, gdy siostry rozeszły się do swoich zajęć, Imelda wróciła do kaplicy. Posłuchajcie.

Nagle z góry pojawiło się bardzo jasne światło. Wokół rozszedł się też cudny zapach. Imelda dostrzegła unoszącą się świetlistą Hostię. Wstała i wyciągnęła ręce ku górze.

W tym momencie do kaplicy weszły siostry przyciągnięte blaskiem i zapachem. Zobaczyły też to, co widziała Imelda, i zrozumiały, że Bóg daje znak. Chce, aby Imelda przyjęła Ciało Chrystusa.

Wezwały kapłana. Gdy ubrany w szaty liturgiczne stanął na środku kaplicy ze złotą pateną w ręce, Hostia widoczna w górze zaczęła powoli opadać, aż znalazła się na patenie.

„Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata…” – powiedział kapłan, trzymając w drżących rękach Ciało Pańskie. Imelda promieniała z radości. Potem długo klęczała nisko pochylona.

 

Była to pierwsza i… ostatnia Komunia Imeldy. Dziewczynka po przyjęciu Ciała Pana Jezusa zmarła, a siostry przypomniały, co kiedyś powiedziała: „Jak to jest możliwe, Boga do swojego serca przyjąć, nie umierając przy tym z miłości do Niego?”.

Inna historia zdarzyła się Stasiowi Kostce, naszemu polskiemu świętemu, gdy ciężko zachorował i bał się, że może umrzeć bez sakramentów. Posłuchajcie nagrania.

Był grudzień. Staszek Kostka ciężko zachorował. Gorączka rosła. Lekarze nie potrafili chłopakowi pomóc. Staszek czuł nadchodzącą śmierć. Chciał umrzeć zaopatrzony sakramentami. Gdy poprosił o księdza, właściciel domu, luteranin, nie zgodził się na obecność katolickiego duchownego pod swoim dachem.

Staszek błagał o pomoc św. Barbarę, patronkę dobrej śmierci. W pewnej chwili stało się coś dziwnego. W pokoju pojawiła się postać kobiety w asyście aniołów, ze złotym kielichem w dłoni. Podeszła do Staszka i podała mu Komunię św.

Szczęśliwy chłopak zasnął. Po przebudzeniu czuł się znacznie lepiej. Od tej chwili szybko zaczął wracać do zdrowia.

 

Pan Jezus spełnił prośbę Stasia i posłał do niego świętą Barbarę z Komunią. Najświętszy Sakrament okazał się dla chłopca lekarstwem.

I jeszcze jedna historia, z czasów, kiedy Matka Boża objawiała się dzieciom w Fatimie.

Zanim do dzieci przyszła Maryja, trzy razy objawił im się Anioł Pokoju. Trzecie, ostatnie spotkanie z aniołem było wyjątkowe. Przyszedł na początku jesieni 1916 r. i pokazał się dzieciom w grocie Cabeço. Posłuchajcie, jak wspominała to wydarzenie Łucja, najstarsza z nich.

Powstaliśmy, aby zobaczyć, co się dzieje, i ujrzeliśmy anioła trzymającego kielich w lewej ręce. Nad kielichem unosiła się Hostia, z której spływały krople krwi do kielicha. Anioł pozostawił kielich z Hostią, które zawisły w powietrzu, i uklęknął razem z nami. Razem trzykrotnie powtórzyliśmy modlitwę:

„Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu, Duchu Święty, wielbię Cię z najgłębszą czcią i ofiaruję Ci najdroższe Ciało, Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego we wszystkich tabernakulach świata, jako przebłaganie za zniewagi, świętokradztwa i zaniedbania, którymi jest On obrażany! Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i Niepokalanego Serca Maryi błagam Cię o nawrócenie biednych grzeszników”.

Potem anioł wstał, wziął kielich, Hostię podał Łucji, a kielich podał Hiacyncie i Franciszkowi. Mówił przy tym: „Przyjmijcie Ciało i pijcie Krew Jezusa Chrystusa straszliwie znieważanego przez niewdzięcznych ludzi. Wynagradzajcie zbrodnie ludzi i pocieszajcie waszego Boga”.

 

Dlaczego Pan Bóg chce nam dawać siebie w Komunii?

Bo wie, że bardzo Go potrzebujemy. Że bez Niego sprawiamy przykrość innym i sobie odbieramy szczęście, że nie potrafimy być dobrzy dla siebie nawzajem.

Dlatego zostawił nam ogromną pomoc – Komunię św. Ten, kto przyjmuje Pana Jezusa w Komunii św., staje się mniej kłótliwy, bardziej spokojny i dobry.

 

Piątek, 18 grudnia 2020 r.

Święta Matka Teresa z Kalkuty

Bez codziennej adoracji Najświętszego Sakramentu nie miałaby siły do pracy wśród najbiedniejszych.

Może już o niej słyszeliście. Na całym świecie jest znana jako Matka Teresa z Kalkuty, choć wcale nie pochodziła z Kalkuty w Indiach. Urodziła się w Albanii, w zamożnej rodzinie. Agnieszka, bo tak nazywała się Matka Teresa, nieraz widziała, jak tata pomaga potrzebującym. Kiedy któreś ze swoich dzieci posyłał z pieniędzmi, ubraniem albo jedzeniem do jakiejś rodziny, zawsze ostrzegał: „Idź i nie pozwól, by cię zauważono”. „Bóg dał nam wszystko, wy też bądźcie dobrzy dla innych” – powtarzał swoim dzieciom. Mama podobnie. Agnieszka pamiętała jej słowa: „Nie bierzcie do ust nawet kęsa, jeśli wcześniej nie podzielicie się z innymi” albo: „Gdy czynicie coś dobrego, róbcie to bez hałasu, jakbyście wrzucali kamyk do morza”.

Gdy Agnieszka miała siedemnaście lat, postanowiła wyjechać do klasztoru. Mama nie była zachwycona, chciała mieć córkę przy sobie. Ale pewnego dnia powiedziała niespodziewanie: „Jedź. Włóż twoją dłoń w dłoń Jezusa i patrz do przodu. Nigdy nie oglądaj się wstecz”. I Agnieszka wyjechała do Irlandii. Stamtąd wysłano ją do Indii, do Kalkuty. Wtedy jeszcze młoda zakonnica nie wiedziała o trędowatych, o ludziach żyjących na śmietniku, o dzieciach straszliwie wychudzonych.

Myślała, że Kalkuta to zamożne domy i dobrze wychowane dziewczęta, które jako zakonnica uczyła geografii i historii. Nie wiedziała, że Kalkuta to też inny obraz. Tymczasem tuż za trzymetrowym murem żyli nędzarze i chorzy na trąd. Wystarczyło, że wychyliła się z okna, i już widziała, jak żyli. Z czasem coraz bardziej nie dawało jej to spokoju.

Któregoś dnia jechała pociągiem w góry. By odpocząć i podleczyć chore płuca. Obok niej siedzieli stłoczeni, brudni, chorzy ludzie. Wtedy poczuła, że Bóg chce od niej czegoś więcej. Zanim dojechała na miejsce, już była pewna, że powinna opuścić wygodny klasztor i wyjść na ulice Kalkuty. Przypomniały jej się słowa z Ewangelii: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40).

Dostała zgodę na opuszczenie zgromadzenia i założyła nowe: Misjonarki Miłości.

Elegancki habit zamieniła na białe sari – takie jakie zakładały kobiety w Indiach. Do wspólnoty przybywały nie tylko siostry; do Matki Teresy dołączali i lekarze, i pielęgniarki, i inni, którzy chcieli pomagać. A siostry codziennie przemierzały najbiedniejsze zakątki Kalkuty, potem innych miast, i pomagały ludziom, do których nikt nie chciał iść.

Kiedyś Matce Teresie opatrującej ropiejące rany umierającego trędowatego przyglądał się pewien amerykański turysta. Zapytał, czy może zrobić zdjęcie. Matka Teresa zgodziła się. Po chwili zaczęła opatrywać miejsce, w którym kiedyś był nos chorego. Amerykanin skrzywił się ze wstrętem i krzyknął: „Za milion dolarów bym tego nie zrobił!”. Ona spokojnie spojrzała na niego i powiedziała: „Ja też bym tego nie zrobiła za milion dolarów”.

Kiedy ludzie pytali czasem, skąd siostry biorą siłę, by robić to, co robią, by zajmować się tymi, którymi nikt nie chce się zająć, odpowiadała bez zastanowienia: „Bez Jezusa nie byłabym zdolna przeżyć ani jednego dnia, ani nawet jednej godziny mojego życia”.

Posłuchajcie, co o Eucharystii i adoracji Pana Jezusa powiedziała Matka Teresa.

Jeśli będziemy adorować Chrystusa ukrytego w Eucharystii, będziemy umieli dostrzec Go w zaniedbanych ciałach ubogich. Nasz dzień rozpoczynamy Mszą św. i przyjęciem Jezusa w Komunii Świętej, a kończymy godzinną adoracją Najświętszego Sakramentu.

Nie mogę wyobrazić sobie nawet jednego dnia bez Eucharystii. Dotykam Jezusa, kocham Go, służę Mu w biednych umacniana Jego miłością.

Moją największą miłością jest Jezus w Eucharystii. Właśnie w niej spotykam Go, otrzymuję Go, kocham, a potem odkrywam Go i służę Mu w tych najuboższych z ubogich. Moje życie byłoby puste, gdybym nie przyjmowała codziennie Komunii św. Tylko dzięki temu możemy żyć z Jezusem, dla Jezusa i dla naszych ubogich.

 

Kiedyś, gdy zapytano Matkę Teresę z Kalkuty, co robić, by stać się świętym, ona odpowiedziała: „Gdyby każdy chociaż jedną godzinę dziennie poświęcał na adorację Najświętszego Sakramentu, byłby lepszym człowiekiem”.

I jestem pewien, że świat byłby lepszy. Bo po spotkaniu z Panem Jezusem człowiek staje się lepszy, staje się inny, staje się święty.

Spróbujcie znaleźć chociaż raz w tygodniu dłuższą chwilę, by w kościele adorować Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Może kiedy przechodzicie obok kościoła, a może w niedzielę przyjdziecie wcześniej, by przed Mszą adorować Pana Jezusa.

 

Środa, 16 grudnia 2020 r.

Święty ojciec Pio

Podczas Mszy św. cierpiał razem z Jezusem, przeżywając Jego mękę i śmierć.

 

Dzisiaj przedstawię wam człowieka wyjątkowo zakochanego w Panu Jezusie i w Eucharystii. Mieszkał on na południu Włoch, jakieś sto kilometrów na zachód od Neapolu, w niewielkim miasteczku Pietrelcina.

W najstarszej części miasta mieszkała rodzina Forgione, w której przyszedł na świat Francesco. Po prostu Franciszek, Franek, znany dziś jako ojciec Pio, wielki święty. Jako mały chłopiec Franek pomagał rodzicom w polu, pracował bardzo ciężko, bo ziemia była kamienista i nieurodzajna.

Ale Franek zawsze dobrze wspominał miejsce swojego urodzenia. Mówił, że nosi je w swoim sercu. Pewnie również dlatego, że w Pietrelcinie zaczęły się jego pierwsze wyjątkowe rozmowy i spotkania z Bogiem.

Opowiadał jeden z księży, że kiedy Franek miał około pięciu lat, zobaczył przy ołtarzu Serce Pana Jezusa. Jezus dał mu znak, by podszedł bliżej, położył dłoń na głowie Franka (…) Od tamtej chwili chłopiec postanowił, że wszystko odda Jezusowi. Często przychodził do kościoła, a jeśli drzwi były zamknięte, siadał na schodach i siedział tak długo, dopóki nie zawołała go mama. Czasem umawiał się z zakrystianem, by na jakiś czas zamykał go w kościele. Lubił być sam na sam z Panem Bogiem.

Franek uwielbiał Boże Narodzenie. Każdego roku z kolegami przygotowywał szopkę. Lepili z gliny małe figurki. Święta Rodzina musiała mieć kuchnię, a nawet światło, żeby – jak mówił Franek – mały Jezus nie bał się w ciemności potworów. Wiedział, jak to jest, bo bardzo nie lubił i zawsze płakał, kiedy mama gasiła wieczorem światło, a on jeszcze nie zdążył zasnąć.

Kiedy Franek skończył 15 lat, wstąpił do klasztoru, do kapucynów. Przyjął habit i odtąd nazywano go Pio z Pietrelciny. Niedługo po święceniach zdarzyło się coś, co przeraziło młodego zakonnika. Posłuchajcie nagrania.

„Przydarzyła mi się rzecz, której nie umiem wyjaśnić ani pojąć. Na środku dłoni pojawiło się coś czerwonego, wielkości pieniążka. W środku tej czerwonej plamy czuję ostry ból. Najbardziej w lewej dłoni, ale pod stopami też” – pisał ojciec Pio do swojego spowiednika. „Prosiłem Jezusa, by usunął te dziwne znaki. Zniknęły, ale ból pozostał”.

Kilka lat później, kiedy jak zwykle po rannej Mszy Świętej klęknął do modlitwy, ogarnął go dziwny spokój, jakby sen. „Zobaczyłem przed sobą postać. Z dłoni, stóp i boku płynęła krew. Jej wzrok mnie poraził. Czułem, że umieram. I byłbym umarł, gdyby Pan nie podtrzymał mojego serca. Postać zniknęła, a ja zobaczyłem rany na moich dłoniach, stopach i boku” – opowiadał ojciec Pio.

 

To, co pojawiło się na ciele ojca Pio, to stygmaty, czyli znaki męki Pana Jezusa.

Zakonnik długo nikomu o tym nie opowiadał, nie chciał sensacji. Jednak tym razem nie dało się już tego ukryć. Wiadomość rozeszła się błyskawicznie. Najpierw wśród zakonników, a potem w całych Włoszech.

Do San Giovanni Rotondo, gdzie mieszkał ojciec Pio, przyjeżdżały ciekawskie tłumy, dziennikarze i łowcy sensacji. Każdy chciał zobaczyć zakonnika ze stygmatami, z ranami, z których sączy się krew.

A ojciec Pio wcale nie chciał o tym mówić ani się tym chwalić. Nawet specjalne rękawiczki bez palców nosił, żeby przykryć zabandażowane rany. Nie prosił przecież Boga o takie znaki, a gdy je otrzymał, bardziej czuł się zawstydzony niż wyróżniony.

Dla ojca Pio stygmaty nie były jednak najważniejsze, ani to, że wszędzie o nim opowiadano. Najważniejszą chwilą każdego dnia była dla niego Msza Święta. Często mówił ludziom, że „łatwiej byłoby światu przetrwać bez słońca aniżeli bez Mszy Świętej” – warto zapamiętać te słowa.

Msza z ojcem Pio trwała czasem nawet dłużej niż trzy godziny! Niektórzy zwracali mu uwagę, że to za długo. A on odpowiadał: „Chciałbym odprawiać Mszę Świętą tak jak inni, ale nie zawsze potrafię. Są takie chwile, że nie mogę iść naprzód. Czuję, że upadłbym, gdybym się nie zatrzymał”.

Ojciec Pio już o drugiej w nocy wstawał, żeby przygotować się do porannej Mszy św.

Najpierw przez dwie godziny modlił się w swojej celi, czyli w swoim klasztornym pokoju, na różańcu. Potem przez godzinę rozważał tajemnicę ofiary Pana Jezusa, którą za chwilę będzie sprawował. Potem szedł do zakrystii i bardzo powoli ubierał się w szaty liturgiczne. Przez cały czas był bardzo, bardzo skupiony, modlił się, nawet przyklękał co chwilę.

A kiedy wychodził do ołtarza, wyglądał tak, jakby dźwigał jakiś ciężar, jakby przeżywał jakiś ogromny ból. W ogóle nie zwracał uwagi na to, co się wokół niego dzieje. Był jakby w innej rzeczywistości. Tylko jego wargi poruszały się, jakby z kimś rozmawiał.

On wiedział, co się podczas Eucharystii dzieje. Nie tylko wiedział, sam przeżywał mękę i śmierć Jezusa Chrystusa. Najmocniej cierpiał w chwili Przeistoczenia. Ludzie czasem szeptali: „Zobaczcie, on wygląda jak Pan Jezus!”.

Posłuchajcie na koniec opowieści ojca Jerzego Tomzińskiego, paulina z Jasnej Góry, kiedy wiele lat temu razem z ojcem Pio odprawiał Mszę św.

Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii – to było widać w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego…

Nie widziałem celebrującego kapłana, ale mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, że Pan Jezus cierpi i umiera. Dzięki ojcu Pio widziałem i przeżywałem niebo przy ołtarzu.

 

Przeistoczenie

Najważniejsza chwila, największy cud. Najważniejsze AMEN.

 

Ojciec Pio podczas każdej Mszy Świętej przeżywał mękę i śmierć Jezusa Chrystusa. Najmocniej cierpiał w chwili Przeistoczenia.

Zanim, nastąpi przeistoczenie rozpoczyna się modlitwa eucharystyczną a na jej początku jest radosny dziękczynny śpiew, który nazywamy prefacją. Ten śpiew kończymy słowami:

„Święty, Święty, Święty Pan Bóg zastępów.

Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej.

Hosanna na wysokości.

Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie.

Hosanna na wysokości!”.

A słowo Hosanna oznacza: („Zbaw nas”, „Otwórz nam drzwi do nieba”).

Po tym radosnym śpiewie zbliża się wielka chwila. Ksiądz opowiada, jak to Pan Jezus na dzień przed swoją śmiercią zebrał wszystkich apostołów przy stole w Wieczerniku i ustanowił Najświętszy Sakrament.

I teraz ksiądz robi wszystko w imieniu Pana Jezusa, powtarza Jego słowa i gesty z ostatniej wieczerzy.

Pan Jezus wziął chleb i kielich z winem – teraz ksiądz bierze chleb i kielich z winem.

Pan Jezus odmówił dziękczynienie – teraz ksiądz odmawia modlitwę dziękczynienia.

Pan Jezus przemienił chleb i wino w Ciało i Krew – teraz ksiądz wypowiada te same słowa i mocą Pana Jezusa dokona tej samej cudownej przemiany.

Następuje najważniejszy moment Mszy św. – Przeistoczenie. Hostia i wino w kielichu wyglądają tak samo jak przedtem, ale wierzymy, że Bóg dokonuje cudu przemiany. Chleb staje się Ciałem, a wino Krwią Chrystusa. Dokonała się ofiara Jezusa Chrystusa prawdziwie obecnego pod postacią Najświętszej Hostii.

Na każdej Mszy Świętej jesteśmy świadkami tego cudu nad cudami.

Na koniec ksiądz mówi: „Oto wielka tajemnica wiary”.

My odpowiadamy: „Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie, i oczekujemy Twego przyjścia w chwale”.

Są jeszcze trzy inne formuły.

Pan Jezus jest teraz z nami. Kapłan jeszcze raz podnosi do góry chleb i wino, które stały się Ciałem i Krwią Jezusa, i głośno chwali Boga, powierzając mu nasze życie:

„Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie,

Tobie, Boże, Ojcze Wszechmogący, w jedności Ducha Świętego,

wszelka cześć i chwała, przez wszystkie wieki wieków.

Amen!”.

I to „Amen” jest bardzo ważne. W ten śpiew wkładamy całe serce, bo oddajemy cześć Bogu, który tak nas umiłował, że zesłał Jezusa, który stał się naszym pokarmem.

Czasami śpiewa się to „Amen” potrójnie, czyli trzy razy, czyli bardzo uroczyście. Posłuchajcie.

Zachęcam Was, byście zawsze po Przeistoczeniu, gdy ksiądz ukazuje nam Ciało i Krew Pana Jezusa, jak apostoł św. Tomasz, gdy zobaczył zmartwychwstałego Jezusa, w ciszy swojego serca wyznali wiarę w żywego obecnego Boga słowami: „Pan mój i Bóg mój”.

 

Niedziela, 13.12 2020 r.

Sługa Boży ks. Jan Macha Podczas kazań zachęcał do częstego adorowania Jezusa w Najświętszym Sakramencie

 

Przed chwilą została odczytana Ewangelia. Tego nie powiedzieliśmy w środę. Chciałbym powiedzieć na wstępie o znaku, który czynimy przed odczytaniem Ewangelii, a jest bardzo ważny. Kiedy ksiądz zapowiada, z której Ewangelii pochodzi fragment, który za chwilę przeczyta, kreślimy znak krzyża na czole, na ustach i na sercu.

Nie robimy dużego znaku krzyża, ale kreślimy mały znak krzyża na czole, na ustach na sercu. To ma głębokie znaczenie.

– Na czole – bo chcemy zrozumieć, co Pan Bóg do nas mówi.

– Na ustach – bo chcemy innym powtarzać słowa Pana Boga.

– Na sercu – bo chcemy żyć według tego, co Jezus mówi w Ewangelii.

Gdy ksiądz przeczyta Ewangelię, mówi: „Oto słowo Pańskie”, my odpowiadamy: „Chwała Tobie, Chryste”. Chwalimy i dziękujemy Panu Jezusowi za Jego słowo, za to, że powiedział nam, jak mamy żyć. Nie zawsze jednak rozumiemy, co Pan Jezus w przeczytanym fragmencie Ewangelii chciał nam powiedzieć. Nie zawsze też wiemy, jak rozumieć pierwsze i drugie czytanie. I to nie tylko dzieci, ale i dorośli nie wszystko rozumieją.

Dlatego po Ewangelii ksiądz stara się wytłumaczyć słowa Pana Boga. Kiedyś Pan Jezus sam wyjaśniał apostołom swoje słowa. Potem apostołowie tłumaczyli Jego naukę ludziom. A dziś księża w kazaniach pomagają nam zrozumieć, co Bóg mówi do człowieka.

Chciałbym, byście dziś poznali młodego księdza. Nazywał się Jan Macha i jest sługą Bożym, co znaczy, że czekamy na jego beatyfikację. Ksiądz Jan żył zaledwie 28 lat. Z jego krótkiego kapłańskiego życia zachowało się całkiem sporo homilii i kazań, w których pięknie mówi o Eucharystii. Zanim opowiem o księdzu Janie, posłuchajcie, jak mówił o Najświętszym Sakramencie.

Najświętszy Sakrament ołtarza jest prawdziwym Ciałem i prawdziwą Krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa. Tym samym ciałem, które niegdyś leżało w żłobie, wisiało na krzyżu na Golgocie, które siedzi po prawicy Ojca i pewnego dnia przyjdzie, aby osądzić żywych i umarłych.

To, co odbieramy naszymi zmysłami w Przenajświętszym Sakramencie, to postacie chleba i wina. Ale te postacie są tylko znakami zewnętrznymi. Zanim dokona się sakrament, na ołtarzu naprawdę są chleb i wino, ale po Przemienieniu pozostają tylko postacie chleba i wina, ale już nie zwykły chleb i nie wino.

 

Ksiądz Jan wyjaśniał podczas Mszy Świętej słowo Boże i wielkie tajemnice naszej wiary. W domu mówiono na niego Hanik. Na Górnym Śląsku, bo ks. Jan Macha pochodził z Chorzowa, tak często nazywano chłopców o imieniu Jan.

Paweł, tata Hanika, był mistrzem ślusarskim, a mama Anna zajmowała się domem i wychowaniem dzieci. Hanik był najstarszy. Miał pięcioro rodzeństwa, ale dwoje zmarło bardzo wcześnie.

Po maturze Hanik postanowił zostać księdzem.

Ks. Macha urodził się pół roku przed wybuchem I wojny światowej, w styczniu 1914 roku.

A dwa miesiące przed wybuchem II wojny światowej przyjął święcenia kapłańskie. Od początku dał się poznać jako bardzo gorliwy i wrażliwy ksiądz.

Zaangażowany w parafii pomagał rodzinom, których krewni byli przez Niemców przetrzymywani w więzieniach i obozach koncentracyjnych. Zdobywał dla nich pieniądze. Uczył religii. Był dobrym, prawdziwym duszpasterzem.

6 września 1941 r. przyjechał z dwoma ministrantami do Katowic, by odebrać zamówione w księgarni katechizmy. Gdy wracali, na dworcu podeszło nagle do księdza dwóch mężczyzn, chwycili go pod ręce i bez słowa wyprowadzili z dworca. Jak się okazało, byli to gestapowcy, którzy zawieźli księdza Jana do Mysłowic, do aresztu, gdzie przez trzy miesiące torturowano go, kopano, drwiono z kapłaństwa, z Pana Boga i religii. Kapłan nie załamał się, jeszcze innych podtrzymywał na duchu, dużo się modlił i prosił Boga, by wybaczył oprawcom.

Nie rozstawał się z różańcem. Splótł go ze sznurka, a krzyżyk zrobił z drzazgi wyłupanej ze stołu. Modlitwa różańcowa dodawała mu siły.

Oprawcy mówili, że to albo wariat, albo… święty!

Ksiądz Jan Macha zginął 3 grudnia 1942 roku w więzieniu w Katowicach. Był kapłanem zaledwie trzy lata. Krótko przed wykonaniem wyroku napisał list do rodziców: „Żyłem krótko, ale uważam, że cel swój osiągnąłem. (…) Bez jednego drzewa las lasem zostanie, bez jednej jaskółki wiosna też zawita, a bez jednego człowieka świat się nie zawali”.

Niesamowity ksiądz. Jak tylko to będzie możliwe, zostanie ogłoszony błogosławionym. Ja wierzę, że z nieba wspiera nas, księży, bo wie, jaka to wielka odpowiedzialność tłumaczyć słowo samego Boga.

Posłuchajcie na koniec, jak ks. Jan Macha zachęcał do częstego przychodzenia do kościoła i adorowania Pana Jezusa obecnego w Najświętszym Sakramencie.

Przychodźcie naprawdę często do domu Bożego, aby oddać Chrystusowi cześć w Najświętszym Sakramencie i powierzyć Mu wszystkie intencje i cierpienia waszych serc. On wam pomoże. Wprawdzie nie spełni wszystkich waszych czysto doczesnych ziemskich życzeń, tak samo nie odejmie wam wszystkich waszych krzyżów i mąk. Ale wam pomoże, pokrzepi was i wzmocni w walce ze złem. I jeśli wpadniecie znów w grzech, udzieli wam odwagi i siły, abyście przez szczerą pokutę powrócili na drogę łaski i cnoty. Amen.

 

Piątek, 11 grudnia 2020 r.

Bł. Piotr Jerzy Frassati

Miał ulubione fragmenty Pisma Świętego, starał się codziennie przyjmować Komunię Świętą.

 

Chciałbym, abyście poznali człowieka, który pięknie żył i pięknie się modlił.

A skąd wiedział, jak żyć? Bo Pana Boga słuchał. Bo często czytał Pismo Święte. Bardzo lubił psalmy, listy świętego Pawła i Kazanie na Górze, w którym Pan Jezus mówił, kto będzie szczęśliwy.

Piotr Jerzy Frassati, tak nazywa się człowiek, o którym dzisiaj chcę Wam opowiedzieć, wiedział, że mamy chwalić Pana Boga całym naszym życiem. Piotr Jerzy Frassati słowa Bożego nie tylko słuchał, ale słowem Bożym żył codziennie. To było widać w różnych codziennych sytuacjach. Posłuchajcie, jak o swoim bracie opowiadała siostra Luciana.

Ktoś zapukał kiedyś do drzwi naszego domu. Na progu stała kobieta, na ręku trzymała bose dziecko. Dodo był wtedy mały, szybko ściągnął swoje buty i podał kobiecie. A potem od razu zamknął drzwi, żeby ktoś nie nadszedł i nie sprzeciwił się.

Innym razem przyszedł do nas biedak. Mówił, że jest głodny i że nie ma pracy. Ojciec kazał mu odejść, bo poczuł od niego alkohol. Dodo zaczął płakać: „Mamo, jakiś pan przyszedł, a tatuś nie dał mu nic do jedzenia”. „Biegnij szybko za nim i przyprowadź go tu, damy mu jeść” – zgodziła się mama.

Kiedy był już starszy, ze wszystkich wycieczek wracał bez grosza. Bo albo zapłacił komuś za przejazd pociągiem, albo kupił jedzenie.

Kiedyś pojechał do Niemiec. Miał ze sobą sporo pieniędzy, które… rozdał biednym. Raz w miesiącu przychodził do klasztoru zaprzyjaźnionych sióstr. Pytał, ile wydały na biedne dzieci, i płacił rachunki.

W mieście regularnie odwiedzał bezdomnych. Przynosił im jedzenie i lekarstwa. Kiedyś wrócił do domu bez płaszcza, bo jakiś biedak mógłby zamarznąć z zimna.

 

Koledzy bardzo lubili towarzystwo Piotra Jerzego. Z nim zawsze było wesoło, z nim nigdy się nie nudzili. Uśmiechniętego Piotra zawsze otaczała gromada kolegów i koleżanek. Często razem zdobywali okoliczne górskie szczyty, bo Piotr Jerzy Frassati uwielbiał góry. A mieszkali w Turynie, w regionie Włoch graniczącym z Francją, skąd góry są na wyciągnięcie ręki.

Podobnie jak błogosławiony niedawno Carlo Acutis i św. mama Joanna Beretta Molla, których poznaliście w zeszłym tygodniu na Roratach, Piotr Jerzy Frassati nie potrafił żyć bez Mszy Świętej, bez Komunii Świętej.

Mówi się o nim, że miał trzy miłości: góry, o których już wspomniałem, biedni, którym zawsze pomagał, i – właściwie ta miłość była na pierwszym miejscu – Pan Bóg.

Piotr Jerzy Frassati bardzo kochał życie, ale ponad wszystko kochał Boga.

Opowiadali jego przyjaciele, że nikt z nich nie modlił się tak pięknie jak on. Bardzo lubił nocne adoracje przed Najświętszym Sakramentem. Modlił się zwykle od dziesiątej wieczorem do drugiej po północy. Zapominał wtedy o całym świecie. Jego koledzy i koleżanki nie mogli oderwać od niego oczu. Posłuchajcie, jak go wspominali.

Pamiętam, w kościele trwała adoracja Najświętszego Sakramentu. Niedaleko mnie klęczał młody człowiek. Przyciągał moją uwagę. Spoglądałem na niego niejeden raz. „Kto to jest?” – zapytałem kolegę. „To Frassati, syn senatora”.

Klęczał tak około godziny. Miał taki wyraz twarzy, że odwracałem oczy od Najświętszego Sakramentu i patrzyłem na niego.

Innym razem widziałem go podczas Mszy Świętej, jak klęczał na posadzce między innymi. Ci, którzy szli do Komunii św. albo wracali po Jej przyjęciu, potrącali go. Nie zwracał na to uwagi. Tak był skupiony, że nie zauważył nawet, że wosk świecy stojącej obok kapie mu na ubranie.

 

Był jak żołnierz na warcie. Nawet nie drgnął, wpatrzony w Najświętszy Sakrament. Wszystko przeżywał z Jezusem. Podczas wycieczki alpejskiej potrafił minąć schronisko, zrobić kilka kilometrów więcej, by zdążyć na Mszę Świętą. A jeśli wiedział, że w sobotę wieczorem trzeba będzie zanocować w schronisku, rezygnował z wycieczki, bo nie zdążyłby w niedzielę na Mszę Świętą.

Piotr Jerzy Frassati był synem senatora, ambasadora włoskiego w Berlinie, założyciela i właściciela dziennika „La Stampa”. Tata chciał dobrze wykształcić syna. Być może planował, że będzie jego następcą. Tymczasem Piotr nagle zachorował. Początkowo nawet nikt nie przejął się specjalnie tą chorobą. Wszyscy zajęci byli umierającą babcią. Miał tylko 24 lata. Po jego śmierci, gdy niemal cały Turyn przyszedł na pogrzeb, pan Frassati powiedział: „Nie wiedziałem, kim był mój syn”.

Przed nami III niedziela Adwentu. Pamiętajcie, by dobrze się do Mszy Świętej niedzielnej przygotować. Może nawet uda Wam się przyjść 15 minut wcześniej, by w ciszy, tak jak to często robił Piotr Jerzy, adorować Pana Jezusa.

 

Środa, 9 grudnia 2020 r.

Akt pokuty. Żałuję, przepraszam, przebaczam.

 

Przepraszam, za opóźnienie w zamieszczeniu informacji z rorat. Tekst ze środy zamieszczam w piątek a jutro zostanie zamieszczony materiał z piątku.

Kolejną, bardzo ważną częścią obrzędów wstępnych jest akt pokuty. Przychodząc na spotkanie z Panem Bogiem, powinniśmy nie tylko ładnie wyglądać (już o tym wspominaliśmy w zeszłym tygodniu w sobotę, kiedy mówiliśmy, jak przygotować się do Mszy św.), mieć czyste ubranie.

Przychodząc na spotkanie z Bogiem, musimy też mieć czystą duszę, musimy godnie uczestniczyć we Mszy św. Pomaga w tym akt pokuty.

Żal za popełnione grzechy i przeproszenie za nie Pana Boga to wyraz naszego szacunku do Niego. W ten sposób chcemy Panu Bogu pokazać, że nie chcemy Go zlekceważyć, przychodząc na spotkanie z Nim z poplamioną grzechami duszą.

Wyznanie:

„Spowiadam się Bogu wszechmogącemu…” obmywa nasze grzechy lekkie. Jeśli natomiast ktoś ma duszę bardziej pobrudzoną, bo popełnił grzech ciężki, musi iść do spowiedzi.

W akcie pokuty żałujemy więc, że postępowaliśmy źle. Żałujemy za złe myśli, słowa, za złe zachowanie. Ale to nie wszystko. Żałujemy też, że nie zrobiliśmy czegoś dobrego, chociaż była do tego okazja. Zgrzeszyliśmy zaniedbaniem, bo albo udawaliśmy, że nie widzimy, co trzeba zrobić, albo nam się nie chciało.

Spowiadam się więc Bogu wszechmogącemu, bo Bóg doskonale zna moje serce i wie, co się w nim kryje, co zrobiłem, a czego nie.

Spowiadam się „i wam, bracia i siostry”. Jak to rozumieć?

Przecież nie wyznaję w czasie Mszy Świętej swoich grzechów sąsiadom z ławki ani nawet rodzicom czy rodzeństwu. Mówiąc tak, przyznaję przed innymi ludźmi, że jestem grzesznikiem. Ani lepszym, ani bardziej doskonałym niż inni ludzie.

I razem z nimi – jako grzesznik wśród grzeszników – proszę Pana Boga, by mi wybaczył.

A na sam koniec proszę jeszcze Matkę Bożą, wszystkich świętych i aniołów w niebie, żeby się za mnie modlili i pomogli mi uzyskać Boże przebaczenie. To bardzo piękne, że mamy taką pomoc.

Często, zanim zaczniemy mówić: „Spowiadam się Bogu…”, ksiądz zachęca do chwili ciszy. Po co?

Cisza jest po to, by wzbudzić w sercu żal za zło, które popełniliśmy. Nie trzeba w tym momencie przypominać sobie wszystkich grzechów, za które powinniśmy przeprosić. Chodzi o to, żeby przyznać się przed Panem Bogiem, przed innymi ludźmi i przed sobą, że nie zawsze byliśmy w porządku.

A potem poprosić o przebaczenie Boga i ludzi, których skrzywdziliśmy swoimi grzechami (mamę, tatę, starszych, panią w szkole, kolegów czy koleżanki…).

Bo grzech to nie jest tylko moja prywatna sprawa. Każdy mój grzech szkodzi całemu Kościołowi, czyli wszystkim wierzącym. Sprawia, że nasz Kościół, nasza wspólnota jest mniej święta.

Przyznając, że zgrzeszyliśmy, wypowiadamy słowa: „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina” i uderzamy się w pierś. Oczywiście delikatnie, żeby nie zrobić sobie krzywdy. To uderzenie ma być symbolem, znakiem tego, że z serca chcemy wyrzucić grzech.

I jeszcze jedno, w akcie pokuty żałujemy za swoje grzechy i prosimy o przebaczenie. Przebaczamy także tym, którzy nas skrzywdzili.

To bardzo ważne, bo żeby otrzymać przebaczenie od Pana Boga, musimy też przebaczyć tym, którzy nam wyrządzili jakieś zło.

Po akcie pokuty wszyscy odmawiają albo śpiewają hymn „Chwała na wysokości Bogu”. To bardzo radosny i piękny hymn, w którym chwalimy dobroć Boga, a ludziom życzymy najważniejszego daru, czyli pokoju.

Zaczyna się on słowami, które śpiewali aniołowie w noc Bożego narodzenia, gdy ukazali się pasterzom.

My w czasie Mszy Świętej powtarzamy tę pieśń za aniołami, chwaląc Boga za to, że jest dobry i święty, i za to, co za chwilę dokona się na ołtarzu.

Ale uwaga, nie śpiewamy tego hymnu w Wielkim Poście i w Adwencie, chyba że są to Roraty, tak jak zrobiliśmy przed chwilą. Jeszcze jedna ciekawostka i przypomnienie: podczas Rorat na słowa „Chwała na wysokości Bogu…” robi się jasno w kościele, zapalane są wszystkie światła, co już też pewnie po tych kilku dniach spotkań roratnich zauważyliście.

Obrzędy wstępne kończy krótka modlitwa, która nazywa się „kolekta”. To kolejne trudne słowo. Pochodzi z języka łacińskiego i oznacza: składać, zbierać.

Podczas tej krótkiej modlitwy ksiądz jakby zbiera wszystkie nasze prośby i podziękowania, które każdy z nas przyniósł w swoim sercu na Mszę Świętą i teraz przedstawia je Panu Bogu.

Byłoby to bardzo trudne, gdy każdy chciał głośno wypowiedzieć swoją intencję. Trwałoby to bardzo długo. Dlatego w naszym imieniu robi to ksiądz. A my odpowiadamy „Amen”, czyli…

Tak. Zgadzamy się. To prawda. Niech się tak stanie

Amen to jakby nasz podpis, nasza zgoda pod modlitwą kapłana.

Obrzędy wstępne są ważne, bo przygotowują nas do tego, co będzie się działo dalej – do składania Bogu ofiary.

 

Liturgia słowa

Biblia, lekcjonarz – czytanie i słuchanie słowa Bożego.

 

Kolejna część Mszy Świętej to liturgia słowa.

Opowiadał jeden ksiądz, że kiedyś podczas Mszy Świętej dla dzieci dwaj chłopcy przez cały czas ze sobą rozmawiali. Spotkał ich potem przy kościele i zapytał: „Powiedzcie szczerze, dlaczego cały czas rozmawialiście, naprawdę nic was nie interesuje?”.

Oni spojrzeli na siebie, na tego księdza i jeden się odważył: „Bo wie ksiądz, podczas Mszy św. jest tak trochę nudno. Trzeba siedzieć cicho i tylko słuchać, a my czasem niczego nie rozumiemy i wtedy lubimy sobie porozmawiać…”.

Kapłan pokiwał głową ze zrozumieniem i wyjaśnił, że Msza św. to w zasadzie rozmowa, tyle że z Bogiem.

Chłopcy zrobili wielkie oczy, zdziwili się szczerze. Wy pewnie też, bo przecież wszyscy, i mama, i katechetka, i ksiądz mówią wciąż, żeby podczas Mszy św. nie rozmawiać, że w kościele trzeba być cicho. I to wszystko jest prawdą. W kościele podczas Mszy Świętej nie wolno rozmawiać ze sobą, ale z Bogiem można, a nawet trzeba.

A najlepszym czasem na rozmowę z Bogiem w czasie Mszy jest liturgia słowa, czyli czytanie i słuchanie słowa Bożego oraz… odpowiadanie na nie.

Kiedy zaczyna się liturgia słowa, wszyscy siadają, aby lepiej wsłuchać się w Słowo.

Pierwsze czytanie może przeczytać właściwe każdy, kto jest do tego przygotowany. Nie tylko ministrant czy lektor. Dlatego czasem ktoś z dorosłych, młodzieży albo nawet dzieci wychodzi z ławki w kościele i podchodzi do pulpitu, żeby przeczytać czytanie.

Czytają oni słowa samego Pana Boga. Bardzo mądre i ważne. Dlatego jeśli w tym czasie, kiedy Bóg mówi, rozmawiamy, to tak jakby nas Pan Bóg, Jego słowo, wcale nie interesował.

Kiedy lektor kończy czytać, mówi: „Oto słowo Boże”. I wtedy przychodzi czas na naszą odpowiedź.

Bogu niech będą dzięki

Po pierwszym czytaniu śpiewamy psalm i nasza rozmowa z Bogiem staje się jeszcze bardziej wyraźna. Bóg mówi do nas w kolejnych zwrotkach psalmu, a my odpowiadamy na Jego słowo, śpiewając refren.

Jeśli ktoś nie śpiewa albo nie odpowiada, to nic dziwnego, że wydaje mu się, że w czasie Mszy każe mu się milczeć.

Po pierwszym czytaniu i psalmie lektor czyta drugie czytanie – tym razem z Nowego Testamentu. Tak jest w niedziele i w uroczystości, bo w dzień powszedni, jak to jest na przykład dzisiaj, drugiego czytania nie ma.

Skąd pochodzi drugie czytanie? Drugim czytaniem jest często tekst z listów świętego Pawła albo z listów apostołów. Ci uczniowie Chrystusa wysyłali swoje listy nie tylko do pierwszych chrześcijan, ale i do nas.

Po drugim czytaniu rozlega się radosne „Alleluja”, chyba, że to jest czas Wielkiego Postu, wtedy „Alleluja” zastępujemy na przykład słowami „Chwała Tobie, Słowo Boże”. Pamiętacie, co oznacza słowo „Alleluja”?

Chwalmy Pana!

Słowo „Alleluja” przypomina, że mamy Pana Boga chwalić, dziękować Mu za słońce na niebie i śnieg, za życie, za rodziców itd.

Czasem „Alleluja” jest bardzo, bardzo uroczyste. Posłuchajcie nagrania.

Kiedy tylko usłyszymy „Alleluja”, od razu wstajemy, bo za chwilę przemówi sam Pan Jezus. I musimy być gotowi na słuchanie Jego słowa. To ważna chwila. A w ważnej chwili, kiedy czyta się ważne słowa, ludzie zawsze wstają. Tak jest w sądzie, kiedy sędzia wchodzi albo czyta wyrok, tak jest w wojsku, kiedy pada rozkaz, i tak jest w kościele, kiedy czyta się Ewangelię.

Między refrenem „Alleluja” śpiewane jest krótkie zdanie. Bardzo często nam ono umyka. Tymczasem warto go uważnie słuchać, bo to zdanie zapowiada najważniejsze słowa Pana Jezusa z Ewangelii.

Po przeczytanej Ewangelii ksiądz albo diakon mówią: „Oto słowo Pańskie” (inaczej niż po pierwszym i drugim czytaniu). My odpowiadamy: „Chwała Tobie, Chryste”.

To znaczy, dziękujemy Ci, Panie Jezu, za to, że zstąpiłeś z nieba, że zostawiłeś nam te słowa. Dzięki temu wiemy, jak mamy żyć. Twoje słowa pomagają nam odróżnić dobro od zła, rozjaśniają nasze życie.

Bo słowa Bożego trzeba nie tylko słuchać, ale i wypełniać je! To samo ze słowem mamy albo nauczyciela. Jeśli kiwamy tylko głową, a potem robimy inaczej, to nie jest w porządku. Pan Jezus powiedział, że kto Go słucha i do Jego słowa się stosuje, będzie żył wiecznie.

Ze słowem Bożym, które zapisano w Biblii, jest podobnie. To, czy dobrze słuchaliśmy, okaże się w życiu – jak w różnych sytuacjach się zachowamy, czy będziemy wybierali dobro.

Na koniec jeszcze jedno do zapamiętania. Wszystkie czytania podczas liturgii słowa pochodzą oczywiście z Pisma Świętego. Jednak podczas Mszy Świętej czytamy je z lekcjonarza.

Kolejne trudne słowo. „Lekcjonarz” pochodzi z języka łacińskiego, od słowa lectio – czytanie.

W lekcjonarzu znajdziemy czytania biblijne na poszczególne dni roku liturgicznego.

Mamy aż VII tomów lekcjonarza. Starsi ministranci i lektorzy pewnie to wiedzą, bo nieraz odpowiednią księgę przynoszą na pulpit.

W czasie Adwentu, czyli teraz, i potem aż do Bożego Narodzenia czytamy słowo Boże z I tomu.

II tom to okres Wielkiego Postu i Wielkanocy,

III, IV i V tom to okres zwykły,

VI tom to czytania w Mszach o świętych,

VII tom to czytania w Mszach obrzędowych, okolicznościowych i wotywnych, w Mszach za

zmarłych.

Czytania w niedziele powtarzają się co trzy lata. Ułożone są w cyklu A, B i C. Teraz mamy rok B, który rozpoczęliśmy w I niedzielę Adwentu, a w tygodniu czytania powtarzają się co dwa lata. Teraz mamy rok I.

 

Poniedziałek, 7.12.2020 r.

Trudne słowa: Alleluja, Hosanna, Amen, Liturgia, Eucharystia, Hostia,Ewangelia, Homilia.

Zaczynamy dziś drugi tydzień spotkań roratnich. Po raz kolejny przyszliśmy do Jezusa z różnych stron naszej parafii. Tak jak tłum z dzisiejszej Ewangelii. Przyszliśmy i usiedliśmy blisko. Chcemy Go słuchać, chcemy Go prosić, by swoją mocą nas uzdrawiał, nasze dusze i ciała.

Tłum, który przyszedł do Jezusa, był tak wielki, że kiedy pojawili się ludzie ze sparaliżowanym człowiekiem, nie mogli się do Niego przedostać. Chciałbym, żebyśmy się na tym momencie zatrzymali, bo to bardzo ciekawe.

Nie mogąc przedostać się do Jezusa, weszli na dach i przez otwór w suficie spuścili go wprost przed Jezusa. A Pan Jezus zaczął od przebaczenia grzechów i uzdrowienia duszy tego człowieka.

Wszyscy byli zaskoczeni. Pan Jezus jednak wie, czego najbardziej potrzebuje człowiek. Wiedział, że sparaliżowany najpierw potrzebował uzdrowienia duszy, a dopiero potem ciała. Jezus spojrzał w jego oczy i serce i przemienił je, a dopiero potem powiedział: „Weź swoje łoże i chodź”.

My też teraz jesteśmy bardzo blisko Jezusa. On patrzy w nasze oczy, widzi nasze serca i wie, jak bardzo chcemy Go słuchać, jak bardzo chcemy dobrze uczestniczyć w każdej Mszy Świętej, jak bardzo chcemy wypełnić adwentowe postanowienia i dobrze przygotować się do Bożego Narodzenia. Jak bardzo potrzebujemy tego, by uzdrawiał nasze dusze i ciała.

Wczoraj mówiliśmy o tym, jak ważne jest, by do spotkania z Jezusem podczas Mszy Świętej dobrze się przygotować.

Przypomnijmy:

  1. Nie zostawiamy Mszy Świętej na koniec dnia – Panu Bogu dajemy najlepszy czas.
  2. Na spotkanie z Panem Jezusem, z Bogiem, trzeba się ładnie, elegancko ubrać.
  3. Na wyjątkowe, umówione spotkanie z Panem Jezusem przychodzimy wcześniej. Nie spóźniamy się.
  4. Przed wejściem do kościoła:

– wyłączamy telefon,

– chłopcy zdejmują czapkę,

– wodą święconą robimy znak krzyża.

Ponieważ podczas Mszy Świętej pojawiają się słowa, czasem niezrozumiałe, których nie używamy nigdzie, tylko w kościele, dlatego dzisiaj spróbujemy wyjaśnić, skąd one się wzięły i co oznaczają. Najpierw posłuchajcie nagrania. To wspomnienie znanego aktora, pana Jana Kobuszewskiego, z czasów, kiedy był takim chłopcem jak niektórzy z Was.

Ministrantem w kościele na Saskiej Kępie w Warszawie zostałem zaraz po wojnie. Miałem wtedy jedenaście lat. Rozpocząłem szybki kurs łaciny, bo wtedy Msza Święta była po łacinie. Dlatego na początku dostałem książeczkę ministranta z opisem Mszy. Musiałem się nauczyć na pamięć wszystkich łacińskich formułek, bo wtedy ministrant odpowiadał na słowa kapłana podczas Mszy. Dziś odpowiadają wszyscy wierni w kościele. W nauce pomagał mi mój ojciec, który nauczył się łaciny w szkole. Każdego z kandydatów ksiądz pytał i należało odpowiadać pełnymi łacińskimi formułami.

Na słowa: Sursum corda odpowiadałem: Habemus ad Dominum. To znaczy: „W górę serca” – „Wznosimy je do Pana”. Albo długi tekst: Confiteor Deo omnipotenti, czyli „Wyznaję Bogu wszechmogącemu…”. Do dziś pamiętam te łacińskie formuły i nieraz jeszcze wypowiadam je po cichu podczas Mszy.

 

Inaczej niż dzisiaj odprawiano kiedyś Mszę Świętą. Wszystkie modlitwy, jak słyszeliśmy, były w języku łacińskim. Mało kto spośród ludzi zebranych w kościele łacinę rozumiał, więc często wyglądało to tak, że ministranci służyli i odpowiadali księdzu, a wierni modlili się po cichu, śpiewali pieśni, a kiedy zadźwięczał dzwonek, wstawali albo klękali.

Ale byli też tacy, którzy chcieli zrozumieć, co się dzieje w kościele. Dlatego biskupi z całego świata spotkali się z papieżem i razem zdecydowali, że trzeba to zmienić.

Teraz każdy naród ma Mszę Świętą w swoim języku. Jeśli się tylko chce, wszystko można zrozumieć. I tak u nas w Polsce Msza Święta jest odprawiana po polsku. Zostały jednak w niej słowa w obcym języku. Takie jak na przykład:

– Amen,

– Hosanna,

– Alleluja.

To słowa hebrajskie.

Co oznacza słowo „Alleluja”?

Alleluja znaczy „Chwalmy Pana!”. To słowo przypomina, że każdy ma za co Panu Bogu dziękować. Bo to On dał nam ciepłe słońce i biały śnieg, rodziców i kochaną babcię czy różne zdolności.

Co oznacza słowo „Hosanna”?

Hosanna znaczy „Zbaw nas”. Takim okrzykiem witali Pana Jezusa mieszkańcy Jerozolimy, kiedy przyjechał na osiołku do ich miasta. Wierzyli, że jest Mesjaszem, i wołali: „Hosanna”, czyli prosili: „Zbaw nas”; „Otwórz nam drzwi do nieba”.

I jeszcze trzecie słowo hebrajskie, które powtarzamy na końcu prawie każdej modlitwy. Co oznacza słowo „Amen”?

Amen znaczy „Tak!”; „To jest prawda!”; „Naprawdę!”.

Są jeszcze inne trudne wyrazy. Jedne pochodzą właśnie z łaciny, a inne z języka greckiego. Liturgia (słowo pochodzące z języka greckiego) to sposób, w jaki wspólnie oddajemy cześć Panu Bogu, zwłaszcza podczas Mszy Świętej.

Eucharystia (słowo pochodzące z języka greckiego) dosłownie znaczy „Podziękowanie”. Dla chrześcijan to słowo oznacza też chleb i wino, które stały się Ciałem i Krwią Pana Jezusa.

Ewangelia (słowo pochodzące z języka greckiego) znaczy „Dobra Nowina”. W Ewangeliach Mateusz, Marek, Łukasz i Jan zapisali nauczanie Pana Jezusa i opowiedzieli historię Jego życia, śmierci i zmartwychwstania. Ewangelie to pierwsze cztery księgi Nowego Testamentu.

Homilia (słowo pochodzące z języka greckiego) wyjaśnia słowo Boże czytane podczas szy Świętej.

Hostia (słowo pochodzące z języka łacińskiego) to inaczej chleb, biały opłatek, który odczas Mszy Świętej przemienia się w Ciało Chrystusa.

Będziemy do tych słów wracać jeszcze nie raz.

 

Obrzędy wstępne: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Musicie bowiem wiedzieć, że Msza Święta składa się z kilku części. Są to: obrzędy wstępne, liturgia słowa, liturgia eucharystyczna, obrzędy Komunii św., obrzędy zakończenia. I dziś właśnie powiemy sobie o obrzędach wstępnych.

Przypomnijcie sobie, jak zaczęła się dzisiejsza Msza Święta roratnia, jaki był pierwszy dźwięk, sygnał?

Najpierw usłyszeliśmy dźwięk dzwonka. Wtedy wszyscy siedzący w ławkach wstali, a z zakrystii wyszedł ksiądz z ministrantami. To procesja wejścia. Czasem bywa uroczysta – idzie przez kościół, ministranci idący przed księdzem niosą krzyż, świece, kadzidło i księgę.

– Świece są znakiem, że Pan Bóg jest światłem.

– Krzyż to symbol naszego zbawienia, który mówi nam, że Pan Jezus, godząc się na śmierć na krzyżu, pokazał, że bardzo nas kocha. Jego śmierć zgładziła grzechy wszystkich ludzi, także moje i twoje.

– Kadzidło – proszek z różnych ziół, który pięknie pachnie, kiedy rzuci się go na rozżarzone węgielki.

– Ewangeliarz – księga, z której w czasie Mszy św. czyta się wybrane fragmenty Ewangelii.

Podczas Rorat w procesji wejścia idą też dzieci z lampionami. W tym czasie wszyscy śpiewamy pieśń na wejście. Ten wspólny śpiew ma nas, którzy przyszliśmy na Mszę, zjednoczyć; sprawić, że poczujemy się jedną rodziną, chociaż przecież się nie znamy. Ma też nasze serca skierować ku Panu Bogu, pomóc nam się skupić.

Ksiądz podchodzi do ołtarza i całuje go. Po co to robi? Żeby okazać szacunek dla Chrystusa, którego symbolizuje ołtarz. Pan Jezus oddaje na ołtarzu życie za każdego i właściwie każdy powinien ołtarz ucałować. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, w naszym imieniu i swoim ołtarz całuje ksiądz. Patrząc na księdza całującego ołtarz, każdy może zrobić to w swoim sercu, wyrażając w ten sposób szacunek i cześć dla Pana Jezusa.

Potem kapłan podchodzi do pulpitu obok ołtarza – to jest miejsce przewodniczenia.

Wszyscy robimy znak krzyża. Tym znakiem, który jest symbolem naszej wiary, rozpoczynamy i kończymy każdą modlitwę. Ten znak przypomina, że jesteśmy już odkupieni przez śmierć Jezusa na krzyżu i że jesteśmy dziećmi Boga i braćmi Jezusa w Duchu Świętym. Znak krzyża to również niejako naznaczenie się Chrystusem.

Dotykając czoła, piersi i ramion, mówię:

„Jestem, Panie Jezu, cały Twój.

Twoje są moje myśli,

Twoje jest moje serce,

Twoje są moje gotowe do pracy ramiona.

Cały oddaję się Tobie”.

Temu gestowi towarzyszą bardzo ważne słowa: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. To, co rozpoczynam znakiem krzyża, rozpoczynam w imię Boga.

Najważniejszy w tym, co będzie działo się w czasie Mszy Świętej, jest Pan Bóg. To Jemu oddajemy cześć.

Ważne, aby znak krzyża wykonać nie byle jak, ale dokładnie dotykając czoła, serca i ramion, wyraźnie wypowiadając słowa: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”.

To prawda, że w imię Boga w Trójcy Świętej Jedynego rozpoczynamy Mszę Świętą.

Po znaku krzyża kapłan wita wszystkich zgromadzonych. Rozkłada szeroko ramiona, jakby chciał objąć wszystkich ludzi w kościele, i mówi na przykład tak:

„Miłość Boga Ojca,

łaska naszego Pana Jezusa Chrystusa

i dar jedności w Duchu Świętym

niech będą z wami wszystkimi”.

Albo inaczej:

„Łaska i pokój od Tego,

który jest i który był,

i który przychodzi,

niech będą z wami”.

To piękne biblijne sformułowania. Najczęściej jednak słyszymy:

„Pan z wami”,

a my odpowiadamy:

„I z duchem Twoim”.

To nie jest życzenie: „Niech Pan będzie z wami”. Nie trzeba rozglądać się po kościele, żeby Go zobaczyć. Te słowa mają nam przypomnieć, że jest z nami Jezus Chrystus – Bóg. On jest w zgromadzonych na Mszy Świętej ludziach, w osobie kapłana, za chwilę będzie w swoim słowie, a potem jeszcze w swoim Ciele i Krwi pod postaciami chleba i wina… Na tym spotkaniu z Nim mamy się skupić, a wszystkie inne sprawy teraz są mało ważne.

Niedziela, 6.12.2020 r.

Przygotowania do najważniejszego spotkania

Dla Boga rezerwuję najlepszy czas w ciągu dnia i przygotowuję odpowiedni strój.

 

Na każdej Mszy Świętej, a więc i teraz, spotykamy Pana Jezusa. Na każdej Mszy Świętej dokonuje się ten sam cud co w Wieczerniku dwa tysiące lat temu: Pan Jezus chleb i wino przemienia w swoje Ciało i Krew. CUD NAD CUDAMI.

Na każdej Mszy Świętej dokonuje się ta sama ofiara, która dokonała się na krzyżu. Pan Jezus powiedział: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę!” (Łk 22,19).

Do takiego wydarzenia trzeba się przygotować. Proponuję na początek posłuchać, jak to wyglądało w domu papieża Benedykta XVI. Posłuchajcie.

Niedziela zaczynała się już u nas w sobotę po południu. Ojciec czytał nam niedzielne teksty liturgiczne z bardzo popularnej wtedy w Niemczech książki, gdzie były one także wyjaśniane.

Następnego dnia szliśmy na Mszę św. Mieszkaliśmy blisko Salzburga, więc było u nas dużo muzyki – Mozart, Schubert… I kiedy rozpoczynało się „Chwała na wysokości…”, to było tak, jakby otwierało się niebo.

A potem w domu był oczywiście wielki wspólny obiad. Dużo też razem śpiewaliśmy. Mój brat jest świetnym muzykiem. Już jako chłopiec komponował różne utwory dla nas, więc śpiewała cała rodzina. Mój tato grał na cytrze i śpiewał. To były niezapomniane chwile. Często też potem razem spacerowaliśmy. Mieszkaliśmy blisko lasu, więc były bardzo piękne spacery po lesie, różne przygody i gry…

 

Piękny i dobry zwyczaj. Wiem, że w niektórych Waszych domach też taki zwyczaj jest. Niektórzy czytają w sobotę niedzielną Ewangelię, niektórzy w telewizji, w internecie albo w radiu słuchają komentarzy do niedzielnego słowa Bożego.

A jeszcze inni siadają w sobotę wieczorem razem z mamą, tatą i rodzeństwem i czytają Pismo Święte, a potem rozmawiają, jak je zrozumieli.

Jeśli takiego zwyczaju w rodzinie nie ma, może warto w Adwencie zacząć?…

W każdym razie do niedzielnej Mszy Świętej trzeba się przygotować. Dzisiaj nasze spotkanie będzie takie bardziej praktyczne, ale myślę, że bardzo potrzebne Po pierwsze, Panu Bogu dajemy najlepszy czas w ciągu dnia.

Nie zostawiaj Mszy Świętej na koniec, bo może ciocia z wujkiem przyjadą albo babcia z dziadkiem, albo deszcz zacznie padać i burza się zerwie, albo już będziesz śmiertelnie zmęczony, bo siedziałeś pół dnia w internecie…

Po drugie, na spotkanie z Panem Jezusem trzeba się ładnie ubrać. W dresie i trampkach chodzimy na boisko. Kiedy wychodzisz z rodzicami do cioci na jakąś uroczystość albo kiedy w szkole jest święto, zawsze ubierasz się tak, żeby ładnie wyglądać, bo przecież spotykasz tam różnych ludzi. A w kościele, w czasie Mszy św., spotykamy Kogoś o wiele ważniejszego. Spotykamy samego Boga.

Jeśli ktoś przychodzi do kościoła ubrany tak samo jak do gry w piłkę, to znaczy, że Pan Bóg jest dla niego tak samo ważny jak piłka, a to jest lekceważenie Boga. Po trzecie, na spotkanie z Panem Jezusem wychodzimy wcześniej, żeby spokojnie dojść do świątyni. Przecież na umówione spotkania nie wypada się spóźniać. Tym bardziej na spotkanie z Bogiem.

Przed wejściem do kościoła, jeśli masz telefon, koniecznie go wyłącz. Jeśli odezwie się w czasie Mszy, będzie bardzo przeszkadzał innym!

Teraz uwaga, chłopcy! Przed wejściem do kościoła zdejmujemy czapkę – o tym trzeba pamiętać.

I uwaga, wszyscy! Przy wejściu do kościoła jest kropielnica z wodą święconą. Po co? Żeby ręką zamoczoną w wodzie święconej przeżegnać się na znak przywitania z Panem Bogiem. Ten gest przypomina, że przez chrzest stałeś się dzieckiem Boga.

Jesteś w kościele. Uklęknij na chwilę i porozmawiaj po cichu z Panem Bogiem. Powiedz, jaki był ten tydzień od zeszłej niedzieli, co działo się w szkole, w domu, z czym do Niego przyszedłeś, jakie sprawy chcesz Mu ofiarować, za co dziękować.

Popatrz na ołtarz nakryty białym obrusem, na krzyż, na zapalone świece i pięknie ułożone świeże kwiaty. Jak w domu przed świątecznym obiadem. Bo Msza to święto! Najważniejsza chwila w tygodniu!

Ksiądz też przygotowuje się do Mszy Świętej. Modli się, zastanawia się, co powiedzieć w kazaniu, żeby wszyscy zrozumieli słowo Boże. Często szuka pomocy w różnych książkach i przychodzi z notatkami, dlatego czasem widzicie, że podczas kazania zerka do kartki. To znaczy, że się przygotowywał.

Ksiądz też zakłada uroczysty strój. Czasem zielony, czasem fioletowy, a czasem biały – jak, podczas Rorat. Kolor ornatu nie zależy od humoru księdza albo od pogody. Kolor ornatu ma swoje znaczenie.

(kolory ornatów mają swoje znaczenie jest to wyjaśnione w książeczce, którą dostaliście)

Pamiętajmy, zaczynajmy przygotowania do niedzielnej mszy zawsze w sobotę. Na obrazku, który otrzymujecie, jest informacja, gdzie w Piśmie Świętym znaleźć fragment dzisiejszej Ewangelii.

Piątek, 4.12.2020

Msza Święta.

Jej początki sięgają wieczerzy paschalnej spożywanej przez naród żydowski. Ostatnia wieczerza Jezusa była pierwszą Mszą.

 

Dzisiaj w Ewangelii według św. Mateusza słyszeliśmy historię dwóch niewidomych, którzy błagali Pana Jezusa, by ich uzdrowił. Tyle już o Nim słyszeli, wiedzieli, że tylko On może ich uratować, tylko On może im cudownie przywrócić wzrok.

Pan Jezus zadał im jednak ciekawe pytanie.

Wierzycie, że mogę to uczynić?

Pan Jezus zapytał ich o wiarę. Oni odpowiedzieli Mu: „Tak, Panie, wierzymy”. Wtedy dopiero dotknął ich oczu, mówiąc: „Według wiary waszej niech się wam stanie”. Niewidomi odzyskali wzrok.

Pan Jezus podczas każdej Mszy Świętej z miłością dotyka naszych oczu, byśmy widzieli więcej, byśmy zobaczyli to, co od Niego codziennie otrzymujemy. Choćby to, że rano obudziliśmy się, że jesteśmy zdrowi, że możemy iść do szkoły, że mogliśmy przyjść tu, do kościoła, na roratnią Mszę Świętą – to żadna nasza zasługa. To wszystko jest darem, łaską Pana Boga.

Dziś chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o Mszy Świętej. Historia zaczęła się ponad trzy tysiące lat temu. Izraelici przenieśli się do Egiptu, bo w ich kraju zapanował wielki głód, a Egipcjanie mieli spore zapasy. U faraona, króla egipskiego, pracował od jakiegoś czasu Józef, jeden z Izraelitów. Faraon miał do niego zaufanie, bo między innymi dzięki niemu w Egipcie spichlerze i magazyny były pełne. Na początku Izraelitom było w Egipcie bardzo dobrze, ale kiedy Józef umarł i zmienił się faraon, naród żydowski zaczęto prześladować. Musieli ciężko pracować, bito ich, nawet zabijano ich dzieci, żeby Izraelitów nie było więcej niż Egipcjan. Traktowano ich jak niewolników.

Pewnie nieraz o tym czytaliście albo czytali Wam rodzice czy babcia z dziadkiem. Może oglądaliście film o Izraelitach, którzy w Egipcie u faraona jako niewolnicy musieli ciężko pracować i bardzo tęsknili za swoją ojczyzną, Ziemią Obiecaną.

Pan Bóg zlitował się nad nimi. Wybrał spośród nich jednego – Mojżesza i przez niego powiedział Żydom, żeby każda rodzina złożyła Bogu w ofierze baranka. Jego krwią mieli pokropić drzwi domu na znak, że chcą uciekać z Egiptu.

We wszystkich domach podczas wieczornej uczty Izraelici jedli to samo: mięso zabitego baranka i płaski, niewyrośnięty chleb. Kobiety piekły go szybko, bez zakwasu, czyli bez dodatku, który powoduje, że ciasto rośnie. Zrobiły tak, bo nie było czasu, żeby ciasto odstawiać do wyrośnięcia. Wszyscy bardzo się spieszyli!

Pan Bóg powiedział, że tej nocy przejdzie przez Egipt i ukarze Egipcjan. Rzeczywiście, wielu Egipcjan umarło, a Żydzi uciekli. Wyruszyli w długą drogę, która miała ich doprowadzić do ojczyzny.

Każdego roku wiosną, na pamiątkę uwolnienia z Egiptu, Żydzi obchodzą święto nazywane Paschą. Urządzają uroczystą kolację i wspominają dobrego Boga, który pomógł im uciec z niewoli.

Święto Paschy obchodził też Pan Jezus. Najpierw ze swoją rodziną, z mamą Maryją i ze świętym Józefem, potem z najbliższymi uczniami, czyli apostołami. Tak było, aż pewnego roku Pan Jezus poprosił apostołów, by ucztę paschalną przygotowali w sali nazywanej Wieczernikiem.

Wiedział, że to będzie ostatnia taka wieczerza, że następnego dnia umrze na krzyżu, że to On stanie się barankiem – ofiarą, która zostanie złożona dla zbawienia człowieka.

Apostołowie myśleli, że jest jak zwykle. Był chleb niekwaszony, było wino, lecz pod koniec wieczerzy stało się coś wyjątkowego. Jezus pobłogosławił chleb, podzielił go między uczniów i powiedział: „To jest Ciało moje”.

Podobnie kiedy wziął do ręki kielich z winem, powiedział: „To jest kielich Krwi mojej”.

To zdarzyło się po raz pierwszy. Ich Nauczyciel nigdy tak nie mówił. Uczniowie byli zdziwieni. A Pan Jezus w ten sposób zapowiadał, że umrze, żeby ich i innych ludzi odkupić i uwolnić od zła.

Ta wieczerza paschalna w Wieczerniku była ostatnią wieczerzą – tak ją nazywamy. I jednocześnie była pierwszą Mszą Świętą.

Gdy dziś przychodzimy do kościoła, na każdej Mszy Świętej spotykamy Pana Jezusa. Na każdej Mszy dokonuje się ten sam cud co w Wieczerniku dwa tysiące lat temu: Pan Jezus chleb i wino przemienia w swoje Ciało i Krew. CUD NAD CUDAMI.

Na każdej Mszy Świętej dokonuje się ta sama ofiara, która dokonała się na krzyżu. Pan Jezus powiedział: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę!” (Łk 22,19).

Prośmy dziś na koniec Pana Jezusa, by dotknął naszych oczu i serc, byśmy widzieli to, co od Niego wciąż otrzymujemy.

Środa, 2.12.2020 r.

Dlaczego niedziela?

Dzień święty – inny niż pozostałe dni tygodnia.

Kiedyś do redakcji „Małego Gościa” napisały Marta i Zuzia. Dziewczyny zastanawiały się nad bardzo ważnym pytaniem: Skąd się to wzięło, że świętujemy w niedzielę?

No właśnie, skąd się to wzięło+-?

Musimy zacząć od początku, czyli od stworzenia świata. W pierwszej księdze Starego Testamentu, czyli w Księdze Rodzaju, jest opis stworzenia świata. Bardzo ciekawy. Autor biblijny opowiada nie tylko o tym, jak Bóg stwarzał świat, ale również, jak długo to trwało.

Autor biblijny mówi, że Bóg siódmego dnia odpoczywał. Nie należy tego rozumieć dosłownie, bo Bóg przecież nie musi odpoczywać. Chodzi o to, że człowiek co sześć dni powinien odpocząć. W siódmym dniu ma odłożyć swoją pracę i oddać Bogu chwałę. Tego dnia powinien się modlić i dziękować Bogu za wszystko, co od Niego otrzymuje. Jednym słowem powinien świętować. Zresztą potwierdził to Pan Bóg w przykazaniach, które przekazał ludziom przez Mojżesza – w Dekalogu: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”.

Dla Izraelitów siódmym dniem tygodnia był szabat, czyli sobota. To dlaczego dla nas, chrześcijan, świętym dniem jest niedziela, czyli pierwszy dzień tygodnia?

Dlatego, że w pierwszy dzień tygodnia, czyli w niedzielę, Pan Jezus powstał z grobu. W niedzielny poranek zmartwychwstał. Dał w ten sposób znak, że kiedyś, chociaż też umrzemy, będziemy żyć wiecznie w niebie. Nie było i nie ma w historii ważniejszego wydarzenia.

Dlatego dla uczniów Chrystusa, dla chrześcijan, to najważniejszy dzień w tygodniu.

W niedzielę również Jezus Zmartwychwstały ukazał się apostołom zebranym w Wieczerniku.

Dlatego chrześcijanie jakby „przenieśli” szabat na niedzielę, na pierwszy dzień tygodnia.

Dlatego w niedzielę idziemy do kościoła, do naszego parafialnego wieczernika, na spotkanie z żyjącym Panem Jezusem. Wspominamy zmartwychwstanie Jezusa i dziękujemy Panu Bogu za wszystko, co dla nas zrobił.

Niedziela jest po to, by przypomnieć sobie, że Pan Bóg JEST. Cały tydzień biegamy, pracujemy, uczymy się, czasem mamy już dość i dziękujemy Bogu, że jest niedziela, że po sześciu dniach możemy wreszcie odpocząć, nabrać sił do codziennych obowiązków. W niedzielę świętujemy. Co siedem dni mamy święto!

W niedzielę chrześcijanie nie robią wielkiego sprzątania ani zakupów, nie pracują na działce ani w ogrodzie, bo to grzech. To zajęcia na sześć dni w tygodniu. Niedziela to święto!

Dzień wyjątkowy, inny niż sześć dni od poniedziałku do soboty.

Mamy wtedy czas dla Pana Boga i więcej czasu dla siebie nawzajem. Rodzice nie idą do pracy, dzieci do szkoły ani do przedszkola. Mamy czas. Razem w rodzinie możemy zjeść obiad, mamy więcej czasu, by ze sobą porozmawiać, posłuchać siebie nawzajem, nacieszyć się sobą, pójść na spacer czy odwiedzić babcię i dziadka.

Ale najlepszy czas z niedzieli dajemy Panu Bogu. Msza Święta jest najważniejszym punktem każdej niedzieli. Bo jeśli kocham, to z ukochaną osobą chcę się zobaczyć, chcę ją spotkać.

Jeśli Pana Boga kocham, to chcę Go spotkać jak najprędzej. A jeśli ktoś nie chce chodzić w niedzielę do kościoła na Mszę św., to nie może mówić, że kocha Boga.

Kto w niedzielę z własnej winy (bo mu się nie chciało, bo padał deszcz, bo za długo siedział przed komputerem, bo zaspał) nie pójdzie do kościoła, ma grzech ciężki.

Kto w niedzielę opuszcza Mszę św., zachowuje się tak, jakby Panu Jezusowi chciał powiedzieć: „Nie potrzebuję Ciebie, Panie Jezu. Nie mam dla Ciebie czasu, mam ważniejsze sprawy na głowie”. Człowiekowi wydaje się, że sam sobie wystarczy, że sam sobie poradzi.

Takie zachowanie, kiedy człowiek rezygnuje z Jego łaski, z Jego pomocy, bardzo boli Zbawiciela.

Pamiętajcie zawsze, przez całe życie, że niedziela to dla chrześcijan dzień święty. Co niedzielę Pan Bóg zaprasza nas na spotkanie! Co niedzielę idziemy do kościoła na Mszę Świętą.

Chcemy znaleźć się blisko Pana Jezusa, bo chcemy stawać się dobrymi ludźmi.

 

Bł. Carlo Acutis

Zakochany w Eucharystii.

Nazywał ją autostradą do nieba.

 

Opowiem wam jeszcze dzisiaj o chłopcu, który nie wyobrażał sobie niedzieli, nawet dnia, bez Mszy Świętej.

Posłuchajcie najpierw, co mówi jego mama.

On nie wyobrażał sobie życia bez Eucharystii. Zanim wyjechaliśmy na wakacje, najpierw dokładnie sprawdzał, czy w pobliżu znajduje się kościół. To było zawsze jego największe zmartwienie. On naprawdę był świadom, że w każdej Mszy Świętej spotykamy żywego i prawdziwego Boga.

Często powtarzał, że mamy lepiej niż ludzie, którzy 2 tysiące lat temu żyli blisko Jezusa.

Bo oni, aby Go spotkać, musieli nieraz pokonać bardzo wiele kilometrów. Nam jest łatwiej.

Wystarczy, że wejdziemy do kościoła.

Carlo martwił się, że ludzie nie zdają sobie sprawy, jak ważna jest Eucharystia. Gdyby wiedzieli, staliby w długich kolejkach, by spotkać się z Chrystusem.

 

Chłopiec, o którym słyszeliście przed chwilą, nazywał się Carlo Acutis. Był Włochem. Co ciekawe, jego babcia ze strony taty była Polką.

W szkole Carlo był bardzo zdolny. Szczególnie uwielbiał informatykę. Czytał podręczniki, z których korzystali studenci politechniki. Miał zaledwie 10 lat, kiedy układał pierwsze programy informatyczne. Jako nastolatek znał kilka języków programowania informatycznego, tworzył algorytmy, montował filmy i budował strony internetowe.

Do dziś istnieje strona, którą założył (miracolieucaristici.org), o cudach eucharystycznych.

Jest przetłumaczona na kilkanaście języków, również na język polski. Dorośli po studiach inżynierskich uznawali go za geniusza. Byli zdumieni, że tak łatwo i szybko pojmuje to, nad czym oni jako studenci informatyki głowili się miesiącami. Ale choć informatyka była jego wielką pasją, więcej czasu poświęcał jeszcze ważniejszym sprawom…

Kiedy był małym chłopcem, miał może 5 lat, uwielbiał odwiedzać kościoły. Zawsze całował figurki Pana Jezusa, a Matce Bożej przynosił kwiatki. Kiedy był już nastolatkiem, stwierdził, że „Maryja to jedyna kobieta jego życia, a modlitwa różańcowa to najbardziej romantyczne spotkanie”.

Chyba najważniejszy dla Carla był dzień przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej. Miał 7 lat i musiał dostać specjalne pozwolenie od biskupa, bo normalnie dzieci przystępowały do Komunii jako 9-latki.

Carlo mocno przeżył ten dzień i postanowił, że odtąd codziennie będzie przyjmować Pana Jezusa podczas Mszy Świętej. Nigdy nie przegapił też pierwszego piątku. Często wstępował do kościoła, by choć chwilę adorować Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Powtarzał często: „Eucharystia to moja autostrada do nieba”.

Skąd u Carla tak głęboka wiara?

Nawet mama, pani Antonia Salzano, zastanawiała się nad tym wiele razy. Przyznała, że sama bardzo rzadko chodziła do kościoła. „To tajemnica. Jestem przekonana, że sam Chrystus obdarzył go tak niezwykłym darem.

Nie chodzi tylko o jego pobożność. Carlo miał rozmaite talenty. Jego sposób rozumowania był wyjątkowy… Mogę powiedzieć, że był cudownym dzieckiem. W pewnym sensie geniuszem” – powiedziała w wywiadzie dla „Małego Gościa”.

„Carlo stawiał mi trudne pytania. Jako mama czułam się z tym bardzo źle. Wiedziałam, że nie potrafię na nie odpowiedzieć. Z drugiej strony czułam się za niego bardzo odpowiedzialna.

Tym bardziej że przyniosłam go do chrztu… To prawda, że dzięki niemu wkroczyłam

na drogę wiary. Nawróciłam się. Dzisiaj na Mszę Świętą chodzę codziennie. Adoruję też Najświętszy Sakrament. Tak jak on”.

Czy Carlo wyróżniał się wśród kolegów?

Niespecjalnie. Był wesoły, lubił być w grupie i wśród kolegów był bardzo lubiany. Szanowali go, bo we wszystkim, co robił, był szczery i prawdziwy. I kiedy się bawił, i kiedy się modlił. Innych przyciągały jego pasje. Carlo pasjonował się nie tylko informatyką. Oprócz tego świetnie grał na saksofonie i kochał zwierzęta. Wszyscy znali jego cztery psy i dwa koty.

Jego szkolni koledzy (nie mają jeszcze trzydziestu lat) podobno do dziś modlą się jak Carlo po przyjęciu Komunii:

„Jezu, rozgość się w moim sercu, potraktuj je jako swój dom!”.

Carlo zachorował, kiedy miał 15 lat. Wydawało się, że to zwykła grypa. Okazało się jednak, że to ostra białaczka. Umarł kilkanaście dni po postawieniu diagnozy.

Swoim krótkim życiem potwierdził to, co lubił powtarzać: „Wszyscy rodzą się oryginalni, ale wielu umiera jako fotokopie”.

Niepowtarzalny Carlo Acutis, zakochany w Jezusie obecnym w Komunii Świętej, niecałe dwa miesiące temu został ogłoszony błogosławionym. Uroczystość odbyła się w jego ukochanym Asyżu, w trudnym czasie pandemii koronawirusa. Być może będzie kiedyś patronem internetu, dlatego mam dla Was propozycję. Proście

błogosławionego Carla o pomoc, szczególnie kiedy zauważycie, że różnego rodzaju gry komputerowe czy internet pochłaniają Was tak bardzo, że zapominacie o Bożym świecie.

A co dziś powiedziałby Wam Carlo?

Posłuchajcie, co powiedziała jego mama.

Myślę, że namawiałby, żebyście nie marnowali czasu, ani jednej chwili, ani jednej

minuty. Bo każda sekunda jest nam dana po to, by być coraz lepszym, by się uświęcać. Pamiętajcie, że liczy się wieczność. To, co na ziemi, to czas przejściowy. Carlo wskazałby, że światłem na drodze do nieba jest Chrystus i Eucharystia.

Poniedzialek, 30.11.2020 r.

 

Dlaczego trzeba chodzić do kościoła?

Św. Joanna Beretta Molla – codziennie podczas Mszy Świętej u Jezusa szukała wskazówek, jak żyć.

 

Stawiamy dziś drugi krok na naszej adwentowej drodze do Betlejem. Razem idziemy na spotkanie z Panem Jezusem.

Dobrze, że jest Adwent, że są Roraty, że mamy sporo czasu – w tym roku ponad trzy tygodnie – by dobrze się do Bożego Narodzenia przygotować.

Tegoroczne roraty przeżywamy pod hasłem: „Cud nad cudami”. Warto się zapytac co to jest cud? Jest to zjawisko, zdarzenie, którego nie można wytłumaczyć. O cudach opowiadają często ewangeliści.

Pewien chłopiec powiedział kiedyś, że chciałby przenieść się w czasy, kiedy żył Pan Jezus, że chciałby Go zobaczyć, porozmawiać z Nim, a najbardziej chciałby zobaczyć jakiś cud, który Pan Jezus uczynił.

„Gdybym to wszystko widział, na pewno bym w Pana Jezusa bardziej uwierzył i mocniej Go kochał” – mówił chłopiec. „A tak w ogóle to niesprawiedliwe, że Pan Jezus był z tamtymi ludźmi, a z nami nie pozostał…”.

Tymczasem Pan Jezus powiedział swoim uczniom: „Pożyteczne jest dla was moje odejście” (J 16,7). Dlaczego tak powiedział, dlaczego musiał odejść?

Pan Jezus musiał odejść, żeby BYĆ INACZEJ ze wszystkimi. Co to znaczy, jak to rozumieć?

Kiedy mroźną zimą ktoś wieczorem wystawi na balkon albo za okno wodę w garnku, co zobaczy rano? Lód! Wody ani kropli! Ale nie zapyta przecież, kto zabrał wodę, bo dobrze wie, że lód to woda, tylko w innej postaci.

Pan Jezus został z nami właśnie inaczej. JEST pod postacią Chleba, i to ze wszystkimi ludźmi na całym świecie jednocześnie. I tu, w naszym kościele, i w Rzymie, i w Nowym Jorku, i w kościele na niewielkiej wyspie. Wszędzie JEST. Prawdziwy, żywy Pan Jezus, który każdego słucha, którego każdy może zobaczyć, a nawet dotknąć.

Wyobraźcie sobie, gdyby Pan Jezus został na ziemi, ile czasu potrzebowałby, żeby spotkać się z każdym… Na świecie żyje prawie 8 miliardów ludzi. Ile czasu musielibyśmy czekać, żeby dotarł do naszej parafii?

Nikt nie potrafi być z drugim człowiekiem tak blisko jak Pan Bóg. Raz przybliżamy się do drugiego, raz oddalamy. Spotykamy się również wirtualnie, ale ta obecność to nie to samo co obecność prawdziwa.

Bliskość z Bogiem to CUD NAD CUDAMI. Dlatego przychodźcie tu, do kościoła, jak najczęściej. Tu Pan Jezus zawsze czeka. Tu zawsze JEST.

W dzisiejszej Ewangelii powiedział swoim uczniom tak jakby specjalnie do nas. Posłuchajcie:

„Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli” (Łk 10,23-24).

Ale może ktoś powiedzieć, że skoro Pan Jezus jest wszędzie, to dlaczego mam się modlić w kościele. Mogę pojechać do lasu albo na działkę. Tam jest cisza, spokój, odpocznę sobie i nawet lepiej się tam pomodlę.

To prawda, Pan Bóg jest wszędzie, ale musimy jeszcze coś ważnego zrozumieć.

Posłuchajcie, wszyscy jesteśmy chorzy. Tak, nie pomyliłem się, jesteśmy chorzy i bardzo potrzebujemy lekarza. Pismo Święte mówi nawet, że jesteśmy w niewoli. Mówi o niewoli grzechu.

Człowiek wie, że coś jest złe, że coś mu szkodzi, i nawet tego nie chce, a jednak jakaś niewidzialna siła ciągnie go do zła. Człowiek jest jak na niewidzialnej smyczy.

Chcesz pomóc mamie, chcesz odrobić porządnie lekcje, a marnujesz czas na przykład ze smartfonem w ręku. Chcesz się pomodlić wieczorem, a nie potrafisz zrezygnować z zabawy. Chcesz iść na Roraty, a lenistwo cię pokonuje. I tak każdy może wymieniać bez końca… To jest nasza niewola.

Gdzie znaleźć siłę, by się z tego wyrwać, by zerwać tę niewidzialną smycz?

Nawet najmądrzejsi nie znali odpowiedzi na to pytanie. Aż dwa tysiące lat temu narodził się Ktoś, kto tę niewidzialną smycz zerwał. Uczynił to Pan Jezus swoją miłością – męką, śmiercią i zmartwychwstaniem.

Pan Jezus skruszył ścianę grzechu i śmierci i otworzył ludziom bramę do wolności.

I znowu ktoś może powiedzieć: „I co z tego, skoro ja i tak ciągle popełniam grzechy, a na dodatek, jak wszyscy ludzie, kiedyś umrę”.

To prawda, ale zwróćcie uwagę, że Pan Jezus otworzył bramę, a teraz od nas zależy, czy ją znajdziemy i przez nią przejdziemy.

Gdzie szukać bramy? Na MSZY ŚWIĘTEJ!

A gdzie jest Msza Święta? W kościele!

Chciałbym teraz, byście poznali pewną mamę, która tę ważną prawdę odkryła już jako mała dziewczynka. Miała chyba tyle lat, ile niektóre dzieci obecne na Roratach, bo nawet sześciu nie skończyła, kiedy zakochała się w Panu Jezusie i zrozumiała to, o czym Wam przed chwilą powiedziałem. Jej wizerunek znajduje się na obrazku, który dzisiaj otrzymujecie.

Była to Joanna Beretta Molla.

Joanna mieszkała we Włoszech. Miała wspaniałą rodzinę, kochającego męża i czwórkę dzieci. Zawsze elegancka, interesowała się modą, malowała i grała na pianinie. Bardzo lubiła tańczyć i jeździć na nartach. Kochała góry, gdzie często zabierała dzieci. Zawsze z serdecznym uśmiechem, chętnie pomagała innym.

Czasem zastanawiano się, jak ona to wszystko robi? Jak znajduje na wszystko czas? Myślę, że tajemnica leży w… spotkaniach Joanny z Panem Jezusem, do którego codziennie przychodziła od czasu, kiedy Go poznała. Z Nim omawiała najpierw swoje dziecięce sprawy, potem przychodziła jako nastolatka, jako lekarka i przede wszystkim jako mama. Posłuchajcie nagrania.

Pan Molla zatrzymał samochód.

– Chodźcie, coś wam pokażę.

Z samochodu wysiedli Mariolina, Pierluigi i Laura. Tata wziął na ręce malutką Gianninę.

Stanęli przed małym drewnianym kościołem wśród ośnieżonych gór.

– To ulubione miejsce mamy – zaczął tata. – Kiedy się poznaliśmy, dużo jeździła na nartach.

O, tam, po drugiej stronie. Zawsze jednak najpierw przychodziła do kościoła, by porozmawiać z Panem Jezusem. I uważnie słuchała, co do niej mówił.

– A o czym jej opowiadał? – zapytała zaciekawiona Laura.

– To tajemnica – odparł Piotr. – Wiem, że uczył ją kochać ludzi.

 

Czego uczył Pan Jezus Joannę?

Jak być dobrym człowiekiem, jak kochać Boga i ludzi.

Pani Joanna marzyła o wielkiej rodzinie. Kiedy spodziewała się czwartego dziecka, dowiedziała się, że jest ciężko chora, że jej życie jest zagrożone. „Jeżeli trzeba będzie wybierać między mną a dzieckiem, proszę cię, wybierz dziecko, nie mnie…” – prosiła męża. Nie chciała umierać. Bardzo kochała życie i swoją rodzinę.

Gdy papież Jan Paweł II kanonizował ją, jej mąż Piotr Molla powiedział: „Nigdy nie przypuszczałem, że żyję z osobą świętą”. Posłuchajcie, jak wspominał swoją żonę.

– Byłaś wspaniałym człowiekiem. Umiłowaną mego serca. Szczęśliwą i mądrą mamą.

Przed naszymi zaręczynami zaproponowałaś, byśmy podczas Mszy Świętej za nas dziękowali

Bogu. 10 czerwca napisałaś: „Piotrze! Bardzo, bardzo Cię kocham. Od samego rana podczas Mszy Świętej ofiaruję Bogu wraz z moją Twoją pracę, Twoje radości, Twoje cierpienia,

i tak przez cały dzień, aż do wieczora”.

W każdej sytuacji powierzałaś się Bogu. Pamiętam, każdego dnia miałaś czas zarezerwowany na rozmowę z Bogiem, któremu zawsze dziękowałaś za dar naszych cudownych dzieci.

Byłaś taka szczęśliwa…

 

Ktoś, kto nie bardzo lubi chodzić do kościoła, warto by poznał św. Joannę. Może w historii jej życia znajdzie odpowiedź, dlaczego warto przychodzić do kościoła, do Pana Jezusa. On daje siłę, by po prostu być dobrym człowiekiem.

I Niedziela Adwentu – 29 listopada 2020 r.

 

Dzisiaj rozpoczęliśmy nowy rok liturgiczny. To, co stare, za nami, zaczynamy od początku. Dostajemy kolejny czas, kolejną szansę. Na co? By zmienić, poprawić w sobie to, z czego jesteśmy niezadowoleni, co nam się w nas nie podoba, na co czasem być może zwracają nam uwagę dorośli, mama, tata, babcia, może pani w szkole, a może nawet koleżanka czy kolega. Przede wszystkim jednak mamy szansę poprawić to, co nie podoba się w nas Panu Bogu. Myślę, że nie tylko możemy, ale chcemy się zmieniać, chcemy być coraz lepsi, chcemy być coraz bliżej Pana Boga.

Słowo „adwent” pochodzi od łacińskiego słowa adventus, co oznacza przyjście, nadejście. To czas oczekiwania.

Pewnie nieraz słyszeliście o tym, że kiedy zaczyna się nowy rok kalendarzowy, ludzie często robią różnego rodzaju postanowienia. A ja myślę, że powinniśmy dobre postanowienie zrobić na początku nowego roku liturgicznego, na początku Adwentu. W końcu czekamy na naszego Zbawiciela. A na powitanie Kogoś takiego trzeba się wyjątkowo dobrze przygotować.

Adwentowemu oczekiwaniu na Boże Narodzenie towarzyszy bardzo dużo znaków. Jednym z nich jest Msza roratnia.

Roraty to Msze ku czci Najświętszej Maryi Panny. Mają one w Polsce bardzo długą tradycję sięgającą XIII wieku, czyli bardzo odległych czasów. W czasie Adwentu do kościoła na poranne Msze roratnie przychodzili wtedy – jak zapisano w kronikach – przedstawiciele siedmiu grup społecznych. W katedrze na przykład pojawiali się król, biskup, przedstawiciel senatorów, szlachty, żołnierzy, kupców i chłopów, właściciele ziem i gospodarstw rolnych. Wszyscy przystępowali do ołtarza i na siedmioramiennym świeczniku stawiali zapalone świece. Każdy z nich głośno wypowiadał słowa: „Gotów jestem na sąd Boży”.

Dlaczego takie gesty i takie słowa?

Bo Adwent, jak powiedzieliśmy, to czekanie. Jak kiedyś Izraelici czekali na obiecanego Mesjasza, tak teraz my czekamy na Boże Narodzenie. Ale Adwent przypomina też o czekaniu na powtórne przyjście Pana Jezusa. Pan Jezus to obiecał. Przyjdzie na świat po raz drugi. I o tym też przypomina Adwent. Całe nasze życie jest czekaniem na Niego, z każdym dniem, z każdym rokiem jesteśmy coraz bliżej spotkania z Panem Bogiem. Dlatego nasi przodkowie, pamiętając o tym, głośno wypowiadali słowa: „Gotów jestem na sąd Boży”.

Według tradycji Msze roratnie odprawiane są o świcie, czyli wcześnie rano, jeszcze przed wschodem słońca. Nie spotkamy już dzisiaj jednak na nich ani króla, ani szlachcica. Przy ołtarzu zapalana jest specjalna duża świeca, najczęściej biała z niebieską kokardą, nazywana roratką, jako symbol Matki Bożej oczekującej narodzenia Zbawiciela. Do ołtarza na początku przy zgaszonych światłach idziemy w uroczystej procesji z lampionami, niektórzy ze świecami. To światło jest symbolem Jezusa, który przychodząc na świat, rozproszył ciemności grzechu. Światło lampionu jest też takim znakiem: „Tu jestem, Panie Jezu, przyjdź, czekam na Ciebie, przygotowuję się na spotkanie z Tobą”. I jeszcze jedno, co warto zapamiętać. Msze roratnie odprawiane są w dni powszednie, od poniedziałku do soboty. Ksiądz ubrany jest wtedy w ornat koloru białego. Inaczej niż w niedziele adwentowe. Podczas Mszy niedzielnej, ksiądz ma ornat koloru fioletowego – ten kolor jest symbolem pokuty i oczekiwania. Dlaczego dzisiaj podczas Rorat ksiądz ma ornat biały? Dobre pytanie! Bo jak już wspomniałem, Roraty to Msza tak zwana wotywna, ku czci Najświętszej Maryi Panny, dlatego mamy kolor biały. Popatrzcie, ile znaków, symboli ma Adwent. Wystarczy tylko szeroko otworzyć oczy i serce, żeby to wszystko zobaczyć i jak najlepiej ten piękny czas przeżyć.

Przez ponad trzy tygodnie będziemy razem przygotowywać nasze serca na Boże Narodzenie, na przyjęcie Pana Jezusa.

 

Pieśń eucharystyczna „Cuda nad cuda”

 

  1. Cuda nad cuda, pod postacią chleba,

Tu prawdziwego,

Tu prawdziwego

Mamy Boga z nieba.

  1. Tego myśl ludzka nigdy nie obejmie,

Lecz serca z wiarą,

Lecz serca z wiarą

Pojmują zupełnie.

 

To bardzo stara i znana pieśń eucharystyczna, zawiera się właściwie wszystko, o czym podczas tegorocznych spotkań roratnich będziemy rozmawiać. Chodzi o największy cud, jaki codziennie dzieje się w każdym kościele na kuli ziemskiej. O to, co najważniejsze dla chrześcijan. O to, co dzieje się podczas każdej Mszy Świętej. Ten Cud nad cudami dokonuje się podczas każdej Mszy Świętej.